wtorek, 8 czerwca 2010

rumieńce na moich policzkach

Październik-marzec były dla mnie miesiącami próby. Próby, którą z trudem udało mi się wytrzymać. Musiałam zacisnąć zęby i mocno trzymać się ‘czego tylko popadnie’, bo przecież nie mogę upaść. Nie ja; bo mówiłeś że jestem silna, cholernie silna. Wytrzymałam prawie półroczne ‘zawieszenie’. Stanie z boku i nie uczestniczenie we własnym życiu; tylko, a może aż po to, aby teraz znowu się odrodzić, zmartwychwstać. Aby znów poczuć wychodzące rumieńce na moich policzkach, zmarszczyć twarz w miłym uśmiechu i przymykać oczy od rażącej mnie już radości. Słońce przyszło po długim mrozie i od pierwszego dnia zaczęło mnie cholernie mocno razić, ogrzewać i sprawiać, że praktycznie całe moje życie obróciło się do góry nogami. w zawrotnym tempie kalejdoskopu zaczęłam żyć, cieszyć się, przeżywać i Być. Po przecież to wszystko i tak przeminie. Nie mogę, nie chcę i nie będę niczego żałować. Obiecuję to sobie. Naiwnie wierząc, że po najbliższej imprezie nie zadzwonię do nikogo i nie zburzę złudnego spokoju. Bo będę siedziała jeszcze niesamotnie na plaży nocą i nie będę samotna w swoich marzeniach. Wierzę, ze wszystko, czego chcę i co wprowadzam w swoje życie okaże się dobre dla mnie i dla Ciebie.
Po raz pierwszy mam kontrolę nad większą częścią swojego życia. Ja. Nie patrząc na nikogo
Robię co chcę. No limits no control. Bo tak od paru miesięcy głosi moja maksyma.



http://www.youtube.com/watch?v=ywOV4nhn1r4